środa, 22 lipca 2015

4. "Wielka encyklopedia kuchni polskiej"

Na talerzu dzisiaj książka Wielka encyklopedia kuchni polskiej. Widząc taki tytuł można spodziewać się obszernej publikacji, w której znajdziemy masę polskich potraw. Że poznamy regionalne specjały jak parzybroda, plendze, fefernuszki, hałuski, ciapkapustę, prażucha, bulwioki, moskole, mrówkowiec czy rybno prażuchę. Książka nie dość, że ma odpowiedni tytuł, to i gabarytowo prezentuje się całkiem nieźle. 35x25 cm i 3,5 kg wagi(tak, zważyłem książkę :D) sprawiają, że, przypominając dawne ciężkie tomiska encyklopedii, chce się ją kupić.

Jak to mawiają: Nie oceniaj książki po okładce. Jest to prawda tak stara, jak stary jest druk i warto mieć ją za każdym razem na uwadze będąc w księgarni.

Nawet nie wiem od czego zacząć, więc może od początku. Książka jest o kuchni polskiej, ale znajdziemy w niej przepisy na panna cottę, tzatziki, tiramisu, creme brulee, sos teriyaki, sajgonki, rafaello, ratatouille, risotto, pilaw, pitę, pischinger, muffiny, kurczaka curry, kaczkę barbecue, gnocchi di polenta, frutti di mare, sos aioli, croissanty, lasagne i canelloni. Typowe polskie potrawy. Autorzy we wstępie próbują to usprawiedliwić tym, że polska kuchnia czerpie od innych kultur. O ile można się zgodzić, że dawniej lubowano się w dodawaniu mnóstwa egzotycznych przypraw do dań(raczej by pokazać się, jako osoba nowoczesna i zamożna, niż dla smaku), to twierdzenie, że potrawy takie jak lasagne czy deser rafaello przyjęły się, jako nasze rodzime przysmaki. Kuchnię taką nazwać można raczej kuchnią fusion. Co ciekawe, przepisy jak i zdjęcia nie zostały stworzone specjalnie dla "encyklopedii".
Zdjęcia pochodzą z tak zwanych banków zdjęć, nawet te okładkowe(!). Więc nie ma się co dziwić, że w przepisie nie ma składnika, który nagle pojawia się na zdjęciu(i na odwrót), na przykład Malinowa owsianka(str. 28), na zdjęciu widzimy nie tylko maliny, ale również truskawki i borówki, których próżno szukać w przepisie. Przepis na szynkę pieczoną w winogronach(str. 41) również rzuca się oczy ze swoją niekonsekwencją. Opis słowem nie wspomina, aby naciąć skórę w kratkę, nawet w składnikach nie zaznaczono, że szynka ma mieć skórkę. Na ostatnich stronach wymienieni są autorzy zdjęć, chociaż tyle.

Duży błąd jaki znalazłem zaraz po przejrzeniu przepisów(zawsze zaczynam od nich) to tabela, która ma nam rzekomo ułatwić przeliczanie miar stosowanych w kuchni. No cóż... dowiemy się z niej, że raz szklanka 250 ml zawiera ok. 230 g cukru, a potem dalej znajdziemy informację, że już tylko 200 g. Raz zawiera 226 g mąki raz 140 g. Ryż i bułka tarta też nie odstają od poprzedników. Nie wiem czym jest ten błąd spowodowany, czy literówki, czy omyłkowego wklejenia. Może to miały być szklanki 200 i 250 ml? Mój mail, który wysłałem do wydawnictwa pozostał do dnia dzisiejszego bez odpowiedzi, a wysłany został w połowie stycznia tego roku :) W tym miejscu pozdrawiam osobę odpowiedzialną za kontakt z klientem  w Wydawnictwie Dragon oraz korektora tej książki, a raczej korektorów, bo było ich dwoje, którzy bardzo uważnie prześledzili publikację przed drukiem ;)

Zagłębiając się coraz bardziej w tę perełkę znalazłem zdjęcie kucharza, który wlewa oliwę do garnka, niby nic szczególnego, ale po ponownym przyjrzeniu się zdjęcia można zauważyć niemalże na pierwszym planie ścianę z brudnymi fugami. Wiem, wiem, to jest drobny szczegół, ale to takie szczegóły zbierają się na ogólną ocenę książki. Po co dawać takie zdjęcie na pół strony? Przecież łatwiej byłoby zrobić samemu podobne we własnym domu, niż przeszukiwać internet i wklejając coś takiego. Być może zbliżał się termin wydania książki i stąd takie niedopatrzenia.

Spis treści, jedna z najważniejszych części książki kucharskiej, jest niedopracowany. Przydługie tytuły raz mają wcięcie, raz nie. Nie wiem od czego to zależy, ale to też jest szczegół, który odbiera kolejny punkt w ocenie końcowej.

Nie będę się rozpisywać już na temat minusów, bo by Wam dnia nie starczyło na ich czytanie. Powiem tylko, że zaliczanie panierowanego sera pleśniowego do deserów jest dość ryzykowne, a dawanie porad w stylu miarki powinny zawierać podziałkę, a do gotowania przydadzą się garnki można było sobie podarować.

Może wspomnę coś o plusach publikacji, szukałem, szukałem i udało mi się znaleźć. Bardzo dużo przepisów na kluski, pasztety i nalewki, jeżeli chodzi o założoną tematykę, to wpisują się w nią w 100%. Każdy rozdział poprzedzony jest stosunkowo obszernym wstępem, w którym wyjaśnione jest, czego możemy się spodziewać po przepisach, ale także znajdziemy w nim kilka ciekawostek odnośnie składników.
Kolejnym wielkim plusem jest forma książki, może nie zabierzecie jej ze sobą na rodzinne spotkanie i nie pochwalicie się nią ze względu na wagę i rozmiar, ale jest ona wydana porządnie. Strony są równo wycięte, zszyte, a nie klejone. To ważne, bo te klejone bardzo często się rozklejaj.

Podsumujmy zatem. Czy książkę warto kupić? No nie bardzo. Jest droga(ja kupiłem ją za ok. 90 zł). Niestety nie ma możliwości sprawdzenie, co się w niej kryje przed zakupem, ponieważ wydawcy sprytnie ją zafoliowali. Całość sprawia wrażenie, jakby książka miała zawierać wszystko na raz, zarówno przepisy dietetyczne, dla dzieci, potrawy polskie jak i światowe(stąd kategoria kuchnie świata w etykietach). Czasami warto jednak zatrzymać się na chwilę i skupić się na głównym temacie. W końcu w tytule pojawia się słowo encyklopedia, a to oznacza, że książka jest merytoryczna i sprawdzona pod kątem najmniejszych błędów. Ja bym zmienił tytuł na Wielki elementarz z przepisami kuchni polskiej i światowej.

Zauważyliście pewnie, że nie ma żadnego testu potrawy, ale pomyślałem sobie, że skoro przepisy nie są autorskie, zdjęcia są z internetu, to nie ma ani możliwości ani sensu ich przetestowania.

tytuł: Wielka encyklopedia kuchni polskiej
autor: zbiorowy, (przepisy wybrała Iwona Czarkowska)
wydawnictwo: Wydawnictwo Dragon
rok wydania: 2012(wyd. I)
ocena: 4/10

Pozdrawiam i życzę smacznej lektury :D
Kacper T. ;) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz